10 dni z surowym mięsem

czyli solona suszona kaczka

przepis z magazynu „kuchnia” nr 3-2013

6 piersi kaczki

9 ząbków czosnku

12 jagód jałowca

2 łyżeczki nasion kolendry

4 goździki

3 liście laurowe

2 gałązki rozmarynu

4 gałązki tymianku

1 łyżeczka ziaren pieprzu

2 gwiazdki anyżu

1 kg grubej soli morskiej

1 kg brązowego cukru

Mięso płuczemy, dokładnie osuszamy ręcznikami papierowymi, usuwamy wszelkie plamki krwi. w malakserze miksujemy pozostałe składniki. piersi kaczki układamy skóra do dołu w płytkim ceramicznym naczyniu, przykrywamy dokładnie mieszanką solno-cukrową (nie może wystawać nawet kawałek mięsa!). przykrywamy przezroczystą folią i wstawiamy do lodówki na 3 dni. następnie wyjmujemy z mieszanki, jeszcze raz płuczemy i bardzo dokładnie osuszamy. Obwiązujemy każdą pierś szpagatem, z jednej strony zostawiając długi kawałek sznurka. wieszamy na 5-7 dni w suchym i chłodnym pomieszczeniu, luźno okryte kawałkami gazy. przed podaniem kaczkę kroimy na cieniutkie plasterki. potem możemy trzymać mięso w lodówce owinięte w gazę.

tyle teorii.

pierwszy problem to ręczniki papierowe, które poprzyklejały się do mięsa i nie lada wyzwaniem było oczyszczenie go z tego syfu. zdecydowanie lepiej zdała tetrowa pielucha.

nie jestem tez pewna, czy kawałki mięsa mogą się dotykać. moje się dotykają, w dodatku dosyć lubieżnie.

no i problem główny – to strasznie kosztowne danie. samo mięso to koszt ok 60 złotych, sól morska i brązowy cukier też do najtańszych nie należą.

dużo zaprawy zostało. i co z tym zrobić? peeling? rzut w oko podczas domowej kłótni? wsypać do cukierniczki i podawać gościom do herbaty? czy może posypać chodnik?

i gdzie znaleźć w moim domu „suche chłodne pomieszczenie”?!

tym martwić się będę w następnym odcinku – po trzech dniach leżakowania w lodówce.

minęły trzy dni.

w tym czasie z miski z kaczką i solno-cukrowym piachem zaczęła się sączyć lepka, brązowa ciecz, brudząc całą lodówkę.

zgodnie ze wskazówkami z przepisu, mięso wypłukałam. było ciemne i sztywne. zasznurowałam je sznurkiem od F, grubym, konopnym i pewnie niezbyt czystym.

zasznurowane mięso owinęłam w tetrowe pieluchy i powiesiłam  w sypialni, która jest najchłodniejszym miejscem w naszym domu.

wyglądają makabrycznie, jak małe zwłoki w całunach.

 

 

Opublikowano Uncategorized | 3 komentarze

panna To

postanowiłam zrobić nóżki w galarecie. pracę rozpoczęłam od znalezienia przepisu. ku mojemu przerażeniu nóżki w galarecie robi się rzeczywiście z wieprzowych nóżek (racic?). w przepisie jest cała masa obrzydliwych czynności („opalenie nogi w celu pozbycia się resztek owłosienia”), które mężnie wykonałam. nóżki umieściłam w garze, obłożyłam warzywami i przyprawami i w straszliwym smrodzie czekałam wiele godzin, aby przejść do następnego etapu. po odpowiednim, ściśle określonym w przepisie, czasie wyjęłam nóżki. w procesie obróbki owych nóżek okazało się niestety, że na nóżkach nie ma ani odrobiny mięsa i że nóżki nadal strasznie śmierdzą. niezrażona i uzbrojona w gumowe rękawiczki starannie posiekałam warzywa, fantazyjnie wypełniłam nimi salaterki, ułożyłam kwiatki z ósemek gotowanego jajka przyozdobione groszkiem konserwowym i wszystko zalałam śmierdzącą cieczą pozostałą z gotowania nóżek.

wyszło paskudne, niezjadliwe, niestężałe i w niczym (NICZYM) nie przypominało „nóżek w galarecie”.

po tej przygodzie chyba już nigdy nie spróbuję nóżek, blee!

poniżej przepis na nóżki…

View original post 203 słowa więcej

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

panna To

ostatnio często robię babeczki. zaczęło się od wesela pod przykrywką urodzin. dodaje do nich najprzeróżniejsze rzeczy: boczek, kiszone ogórki, kukułki, pinezki, pieprz w ziarnach, czekoladę i kamyki.

ciasto robię tak:

2 jajka

szklanka mleka

1/4 szklanki oleju

2 szklanki mąki

duża łyżka proszku do pieczenia

sól

suche składniki mieszam. osobno mieszam mokre składniki. potem mieszam wszystko razem i dodaje co mi przyjdzie do głowy.

piekę w specjalnej formie i papierowych papierkach jakieś 25 minut w 180 stopniach.

wychodzi szybko, łatwo i złośliwie (to w zależności od dodatków).

(przepis podstawowy internetowy osobiście zmodyfikowany)

View original post

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

o gotowaniu w warszawie

do poczytania :

http://magazyn-kuchnia.pl/magazyn-kuchnia/56,123978,13426204,Kuchnia_warszawska.html

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

znalezione w kiblu

znalazłam w naszej biurowej toalecie książkę Kazimiery Pyszkowskiej „Śniadania” z 1977 roku. po krótkim śledztwie znalazłam właścicielkę, która wielkodusznie mi ją podarowała. co więcej, po kilku minutach zjawiała się z całym naręczem podobnych publikacji. szykujcie się – To od Kuchni wraca!

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

no i nieszczęsny deser

sobotni obiad zwieńczył „placek dyniowy z oliwą” według przepisu zaczerpniętego z ostatniego numeru czasopisma „Kuchnia”.

4 jajka

200 g cukru trzcinowego (użyłam zwykłego i dużo mniej)

6 łyżek oliwy extra virgin

250 g upieczonej dyni

150 g mąki

50 g kaszy manny

6 suszonych fig (zjadłam wszystkie czekając aż dynia się upiecze, więc na wierzchu ułożyłam orzechy włoskie)

2  łyżki orzeszków piniowych (burżujskie dodatki uważam za zbędne!)

3 łyżki syropu klonowego (j.w. użyłam miodu)

jajka ucieramy z cukrem na puszystą masę. mieszamy z oliwą i rozgniecioną widelcem dynią (oczywiście ja zmiksowałam), dodajemy mąkę, kaszę mannę i dalej miksujemy. rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni. ciasto wlewamy do wysmarowanej oliwa formy o średnicy 25 cm. na wierzchu układamy połówki fig i posypujemy orzeszkami (olałam lub zjadłam te składniki, w zamian – orzechy włoskie). pieczemy 40 minut, polewamy syropem klonowym (miodem?), zwiększamy temperaturę do 200 stopni i pieczemy 5 minut, aby syrop się skarmelizował (…).

z wierzchu wyglądało nieźle. za to w środku – kompletny zakalec! do tego tak słodki, że nie do przełknięcia.

zakalec to dla mnie nic nowego. właściwie chyba nigdy nie wychodzi mi nic innego. po każdym kolejnym sprawdzam ceny kuchenek, bo naiwnie wierzę, ze to wina mojego piekarnika, a nie moja. najtańsze to jakieś 700 zł, więc chyba czeka nas jeszcze sporo zakalców.

 

Opublikowano Uncategorized | 2 komentarze

polędwica wieprzowa Julii

nie będę przytaczać całości przepisu, bo strasznie to zagmatwane i skaczące po całej książce. generalna idea zaczerpnięta została z książki Julii Child „Gotuj z Julią” – mojej ulubionej książki kucharskiej,  czytywanej głównie na dobranoc.

polędwicę pokroiłam w plastry, nasmarowałam tymiankiem, solą , pieprzem oraz zmiażdżonym zielem angielskim i odstawiłam na pół godziny. osuszyłam papierem toaletowym  o aromacie rumiankowym (nie miałam ręczników…) i obsmażyłam na oleju z masłem (ponoć wtedy tłuszcz się nie spala, a ma aromat masła). zdjęłam mięso, a do tłuszczu z patelni dodałam posiekaną cebulę, zrumieniłam i załam ¾ szklanki czerwonego wytrawnego wina (najtańszego – do picia właściwie się nie nadawało i nie zmogłam nawet jednego kieliszka).  przepis nakazywał „odparowanie”, co cierpliwie starałam się zrobić – bez większego skutku z powodu niezbyt sprawnie działających palników. wrzuciłam mięso i dusiłam chwilę.

efekt był okropny. Przypraw na mięsie było tyle, że w ogóle nie było czuć jego smaku. szczególnie irytujące było ziele angielskie w sporych kawałkach. Sos kwaśny, a oprócz kwaśności kompletnie nijaki. Całość – paskudztwo. mięso miało fajną konsystencję, było miękkie i sprężyste, ale smak do kitu.

Dzięki Julia!

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz